Opisanie ryby
Kazimierz Karabasz, wybitny dokumentalista, profesor Szkoły Filmowej w Łodzi, ma niebawem otrzymać tytuł doktora honoris causa tej uczelni. Niedawno w Muzeum Kinematografii spotkali się twórcy filmów dokumentalnych. Tematem rozmowy prowadzonej przez Krzysztofa Jajko była twórczość Kazimierza Karabasza i jego wpływ na kolejne pokolenia dokumentalistów. Na scenie zasiedli reżyserzy: Andrzej Sapija, Mirosław Dembiński i Leszek Dawid. Jednak dyskusja i wspominanie profesora szybko przeniosło się ze sceny, na której siedzieli goście (– Nie wiem, dlaczego akurat my – stwierdził Mirosław Dembiński. – Większość osób na tej sali mogłaby tu zasiąść), na widownię, gdzie znajdowało się wielu wykładowców i wybitnych dokumentalistów.

Mirosław Dembiński: – Na studiach byłem zbuntowany przeciwko Karabaszowi. Mówiło się, że jego studenci muszą robić czarno-białe filmy, na których starsza pani obiera ziemniaki, z czajnika leci para, przez nieostrości. Bohaterka z offu wspomina swoje ciężkie życie. Mówiliśmy na to karabaszówki. A ja chciałem robić coś swojego, coś innego. Dlatego z najnowszą kamerą VHS ruszyłem do Wrocławia, bo postanowiłem zrobić żywy film o Pomarańczowej Alternatywie przeciwko karabaszówkom. Dziś po prawie 30 latach zatoczyłem koło i sam namawiam swoich studentów, żeby takie karabaszówki robili, żeby cierpliwie przyglądali się tym starszym babciom, co one mówią i co mają w oczach, bo tam jest prawda, która wydaje mi się bardzo ciekawa. Ale też cieszę się, gdy studenci się buntują i wiem, że za jakiś czas wrócą do tego, do czego ich namawiam.

Leszek Dawid: – Pamiętam pierwsze spotkanie z profesorem Karabaszem podczas egzaminów wstępnych. Przyniosłem jakieś zdjęcia i na egzaminie je wyłożyłem. Wydawało mi się, że idzie mi nie najlepiej. Do zdjęć podszedł Karabasz i zatrzymał się przy najgorszym z nich – to było zdjęcie ławki w plenerze. Wtedy wydawało mi się idiotyczne, a kiedy profesor się zbliżył poczułem, że to był błąd umieszczać je w zestawie. Zanim zadał jakiekolwiek pytanie, zacząłem tłumaczyć, że to przypadkowo, niepotrzebnie. On zaproponował, byśmy zatrzymali się przy tym na chwilę, bo to ciekawe, i zaczął swoimi słowami opowiadać o mojej potrzebie zrobienia tego zdjęcia. Wybronił je przede mną. I na koniec stwierdził: „No, nieźle”. Przywrócił mi wiarę w to, że prostota i dość naiwna myśl, która dotyczy naszej obserwacji rzeczywistości, może mieć sens.

Na drugim roku byłem zdołowany, bo wyrzucono mnie ze szkoły za film wspinaczkowy. Mirek postawił mi dwóję. Poszedłem z tym filmem do Karabasza. „Panie profesorze tu jest film, za który wyleciałem. Czy zechciałby pan zobaczyć, może nie jest taki zły”. Za tydzień się ze mną spotkał i powiedział: „Proszę pana, ten film jest zły”. Nie było w tym jakiegoś taniego pocieszenia, choć ten film nie był taki zły. Ale chodziło o zawsze zdecydowane oceny Karabasza, które były interesujące, a nigdy gdzieś pomiędzy…

Jerzy Matula:  – Byłem asystentem Karabasza przy „Roku Franka W.”, jednym z jego najważniejszych filmów. Pamiętam, jakie niesamowite porozumienie istniało między reżyserem a jego operatorem Stanisławem Niedbalskim. Wtedy bardzo liczono się z ilością taśmy. Puszczenie taśmy wiązało się z obawą, czy starczy nam na to ujęcie, czy nagle coś wspaniałego nam wyskoczy, a trzeba będzie zmienić kasetę. Więc decyzja, kiedy włączyć, a kiedy wyłączyć kamerę, była bardzo ważna. Oni co do tego rozumieli się w pół słowa. Wystarczyło spojrzenie, minimalny znak.

Dembiński: – Śmialiśmy się jako studenci, że tyle mówi się o cierpliwym oku Karabasza, a w „Roku Franka W.” widać, że tam są kontrplany. To jedną kamerą było robione? Matula: – Jedną. Dembiński – No to duble dokumentalne robiliście. Matula: – Powtarzaliśmy pewne sytuacje, bo nie dało się inaczej. Dembiński: – Jednak mieliśmy rację.

Grażyna Kędzielawska wspominała swoje egzaminy wstępne: – Gdyby nie on, nie dostałabym się do szkoły. O metodzie pracy ze studentami mówiła: – Rozwinęłam jego metodę i powstał skrypt. O nagrodzie na festiwalu w Krakowie: – Dał mi Srebrnego Lajkonika za „Portret ze słów”.

Zbigniew Wichłacz: – Robiłem z profesorem Karabaszem film, którego okres zdjęciowy trwał półtora roku. To był pełnometrażowy film o Woli „Próba materii”. Profesor nauczył mnie, co to znaczy mieć charakter i czym jest precyzja w zdobywaniu materiału podczas robienia dokumentu. Miał zawsze dokładny plan filmu, wiedział, ile czasu, na co poświęci. W tym filmie mieliśmy takie zadanie: nakręcić dwadzieścia portretów starszych ludzi w parku – ma być światło kontrowe, wszystkie portrety muszą być w jednym planie w zbliżeniu i najważniejsze – filmowana osoba nie może zdradzić się, że wie, że na nią jest skierowana kamera. Trwało to i trwało, a my cięgle nie mieliśmy tych dwudziestu portretów. W końcu mówię: „Panie Kazimierzu, pan się tak męczy przy tej kamerze, ciągle pan jest niezadowolony, ja panu nakręcę te portrety sam”. Zgodził się. Wykonałem to w jedno popołudnie. Karabasz mnie pyta, czy to jest w jednym planie. „Oczywiście” – odpowiadam. On wziął po jednej klatce z każdego portretu, skleił to i przyniósł mi metr taśmy. „Niech pan sobie popatrzy pod światło”. 

Różnice kadru dochodziły do kilku centymetrów, jak odległość między guzikami koszuli. Ale Karabasz montował plan w plan. Kiedy puścił całość zmontowanego materiału, to skakało nie do przyjęcia. Wtedy zrozumiałem, co to znaczy w jednym planie, co to znaczy precyzja. 

Półtora roku to było dosyć długo jak na film dokumentalny. Przyjeżdżaliśmy na plan, a profesor patrzył w niebo i mówił: „Nie, panie Zbyszku, dzisiaj to światło… nie, dziś nie kręcimy”. I tak minęło półtora roku. Byłem już bardzo zniecierpliwiony i okazywałem to. Byłem młody i ciągnęło mnie do fabuły, do innego kina, żywiołowego. I tak mu nieraz marudziłem nad uchem: „Dlaczego nie kręcimy? Trzeba coś zrobić, żeby to wcześniej skończyć wszystko”. Wtedy lekko zirytowany Karabasz powiedział: „Panie Zbyszku, jak się podpisało umowę, to trzeba mieć trochę charakteru, żeby ten film skończyć”. I zobaczyłem tą swoją niecierpliwość, ten pęd nie wiadomo gdzie. A film o Woli powstał wspaniały. Te dwie rzeczy zapamiętam do końca życia. Jeszcze jedno określenie ze szkoły Kazimierza Karabasza. Po zdjęciach często mówił: „Nie mamy setki” (ujęcia na sto procent, trafionego w punkt). Kiedy ludzie mówili przed kamerą o swoich intymnych sprawach, Karabasz decydował, kiedy wyłączyć kamerę. Mówił: „Panie Zbyszku, ja duszę”.

Dembiński: – Karabasz jest postrzegany jako klasyk, konserwatysta, strażnik czystości dokumentu. Swój kolejny film po „Pomarańczowej Alternatywie” robiłem pod opieką Karabasza. Byłem wtedy zafascynowany „Koyaanisqatsi” Godfreya Reggio i taki film poklatkowy, półanimowany zrobiłem w Stuttgarcie. Wyobraźcie sobie, jakie to jest cierpliwe oko, jak tam wszystko tak zasuwa w przyspieszonym tempie. On tę formułę zaakceptował.

Sapija: – Cierpliwe oko oznacza, że trzeba bohaterowi poświęcić czas, nie można go popędzać, trzeba z nim być, cierpliwie czekać. W kontekście kłopotów z taśmą niezwykle ważny był etap przygotowania filmu, zanim się zacznie zdjęcia, etap dokumentacyjny, który zawierał sobie również spotkanie z bohaterem, oswajanie go. Tego uczyliśmy studentów.

Dembiński: – Cierpliwe oko jest takim określeniem wytrychem. To nie znaczy, że się długo obserwuje rzeczywistość i ona sama się rejestruje. Tu taśma zasuwała prawie dwa dolary na sekundę. To jest cierpliwość w zrozumieniu rzeczywistości, a nie w jej rejestrowaniu. Przy „Stuttgarcie” Karabasz nie mówił mi, ile mam klatek dać na sekundę. Rozmawialiśmy o Hemingwayu. Jako dokumentalista powinienem – wzorem Hemingwaya – dobrze opisać tę rybę, z którą zmagał się stary rybak Santiago. Jak się to dobrze zrobi, to dopiero będzie metafora życia, egzystencjalne parabole i tak dalej. Dobre opisanie ryby to jest klucz do tego, żeby rzeczywistość się metaforyzowała. Wtedy nie rozumiałem, o czym do mnie mówił. Dopiero po latach to do mnie dotarło. Dużym łukiem okrążałem Karabasza, żeby do niego wrócić.

„Bar na Victorii” Leszka Dawida bliski jest założeniom szkoły Karabasza. Koncentruje się na dwóch bohaterach, próbuje obserwować ich reakcje w różnych sytuacjach, a z drugiej strony pokazuje rozwój tych postaci, zmiany, jakie w nich zachodzą podczas podróży na Wyspy Brytyjskie. Jaki wpływ na ten film miał profesor Karabasz?

Dawid: – Czułem, że to nie jest metoda cierpliwego oka – miałem bardzo niecierpliwych bohaterów. Kiedy przedstawiłem Karabaszowi mój pomysł, że pojadę z dwoma chłopakami, którzy wybierają się do Anglii do pracy, i zrobię o nich film, powiedział: „Proszę mi przedstawić strukturę filmu”. „Ale jak strukturę filmu, kiedy nie wiem, jak sytuacja będzie się rozwijała?” Był nieugięty: „Podpiszę panu skierowanie do produkcji, jak pan mi przedstawi strukturę filmu”. Zacząłem wymyślać kolejne sceny. Zauważyłem, że film mi się układa. Zatrzymałem się w momencie przekraczania granicy, bo kompletnie nie potrafiłem sobie wyobrazić tego, co może się stać potem. Uświadomiłem sobie, że ta struktura umożliwi mi zrobienie tego filmu, jeśli nie uda im się przekroczyć granicy. Będzie to wówczas opowieść o rozczarowaniu bohaterów rzeczywistością, którą chcieli zmienić. Dzięki strukturze wiedziałem, co mam robić, kiedy zacząłem zdjęcia w Kluczborku – miasteczku moich bohaterów. Zrozumiałem, jak ważne jest to, żeby pomyśleć, zanim się nadusi.

Kiedy prezentowałem profesorowi mój wybór materiałów do filmu po skończonych zdjęciach, byłem święcie przekonany, że zostanie odrzucony. Jednak spodobał mu się. Stwierdził jednak, ze struktura nakręconego materiału jest bardzo fabularna. Podczas realizacji towarzyszyłem chłopakom na każdym kroku i wszystko mogłem nakręcić. Kiedy coś mówili, zaraz się to spełniało albo ponosili porażkę. Miałem szczęście, że udało mi się to zarejestrować. Karabasz obejrzał układkę: „Musi pan to wyciąć i to, i jeszcze tamto”. „Ale dlaczego? Przecież to najlepsze momenty”. A on na to: „Nikt panu nie uwierzy, że to jest dokument”. Posłuchałem go – wyciąłem. Potem byłem z tym filmem na festiwalu w Wiesbaden, gdzie dostałem wyróżnienie. Podchodzi do mnie szefowa jury: „Świetny film pan zrobił. Dostałby pan Grand Prix, gdyby to był dokument”.

Sapija: – Chcę powiedzieć, że 25 kwietnia odbędzie się uroczystość wręczenia Kazimierzowi Karabaszowi doktoratu honoris causa Szkoły Filmowej w Łodzi. Byłem bardzo poruszony, kiedy uświadomiłem sobie, że będzie to pierwszy dokumentalista w gronie doktorów honorowych szkoły. Karabasz jest klasykiem, ale na ile on jest ważny dla nas dzisiaj. Jest twórcą, który prezentuje niezwykle poważny stosunek do tego, co robi. Każdy film traktował niebywale serio. Karabasz jest też obrońcą etyki tego zawodu, czyli tego, jak twórca powinien budować relacje, szanować granice, do których ma prawo bohater.

Matula: – Gdy byłem prodziekanem na Wydziale Reżyserii, dyplom chciał zrobić Borys Lankosz. Miał film dokumentalny o niepełnosprawnych, upośledzonych psychicznie, który zdobył Grand Prix na festiwalu w San Francisco. Zaproponowałem, żeby opiekunem artystycznym był profesor Karabasz. Po obejrzeniu filmu Karabasz z powodów etycznych odmówił. Nie mógł się zgodzić na obserwację ludzi, którzy często nie zdają sobie sprawy, że są filmowani. Mimo tej wielkiej nagrody, odmówił. Opieki podjął się Andrzej Brzoza.

Wichłacz: – Kiedy oglądam „Rok Franka W.”, mam wrażenie, że jest to dokument idealny.

Wojciech Staroń: – Analizowałem filmy Karabasza ze studentami i doszliśmy do wniosku, że to nie jest klasyk. To jest filmowiec bardzo progresywny. Przecież „Rok Franka W.” to jest prekursorski film. Dopiero teraz tak robione są dokumenty, w sposób fabularny. To, jak Karabasz obserwował rzeczywistość i jak montował swoje filmy, ma tak niewiele wspólnego z literaturą – to jest czysty obraz. Z językiem filmowym Karabasz jest daleko z przodu przed nami wszystkimi. W szkole i tuż po niej filmy robi się intuicyjnie, mniej świadomie. Dziś jednak z perspektywy lat widzę, że bez Karabasza nie powstałyby ani „Bar na Victorii”, ani „Syberyjska lekcja”. Jesteśmy przesiąknięci tym sposobem patrzenia, myślenia, budowania obrazami pewnej dramaturgii.

Dembiński: – Lekcja, którą wziąłem od Karabasza, to, że pozwolił mi się zbuntować. I jestem mu za to wdzięczny.

Patronat medialny




Najpopularniejsze

Blask i Brzask sztuki
Blask i Brzask sztuki
Do dżungli z Ogrodnikiem
Zdobądź granty na wydarzenia o Reymoncie
Sybilla dla kustosza!
Porozmawiajmy o Konie

Najnowsze

Czerwcowy „Kalejdoskop” już gotowy
Czerwcowy „Kalejdoskop” już gotowy
Koncerty w Willi Grohmana
Mała wystawa wielkich artystów
Pożegnanie Deep Purple
NOC BIBLIOTEK NA POLESIU
facebook